Gospodyni nr 4/2018 Sprawdźcie o czym piszemy w nowym numerze




Bieszczadzka wizja życia - Magda Demkowicz Powrót do listy

Bieszczady, ach Bieszczady – niejedno z nas myśli sobie tęsknie. Z czym się nam kojarzą? Z przepięknymi krajobrazami, trochę z wolnością, odludziem,bieszczadzkimi aniołami, trochę z biedą… Z magią? O tak! Wybierzmy się w takie szczególne miejsce – do Orelca, gdzie magiczna para (MAGda I JAnusz) stworzyła swój magiczny azyl. Uwierzcie, to nie tylko poetycka otoczka – to prawdziwi ludzie z krwi i kości, którzy osiągnęli tak wiele dzięki ciężkiej pracy, wyobraźni i entuzjazmowi. Potrafili też swoim podejściem zarazić innych, wzbogacając i ożywiając otoczenie. To również piękny przykład tego, jak wiele uniesie udany i partnerski związek, gdy kobieta i mężczyzna tworzą jedność, gdy się dopełniają.
 

Magda i Janusz Demkowicze są stąd, z Bieszczadów. Ona pochodzi z Orelca, a on z Leska. Czasami trzeba opuścić miejsce, z którym się jest związanym, by nabrać dystansu i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Może właśnie dlatego wybrali studia na niemal drugim krańcu Polski, w dwóch (na dodatek od wieków zwaśnionych) miastach: Magda podjęła polonistykę w Toruniu, a Janusz dyrygenturę chóralną w Bydgoszczy. Ale nawet krzyżacko- -kujawskie klimaty ich nie poróżniły ani od siebie nie oddaliły. Tak samo jak roczna praca Magdy zaraz po studiach w odległych Stanach Zjednoczonych nie przekreśliła wizji powrotu w rodzinne strony. Szara rzeczywistość – a taką była ta z początku XXI w. objawiająca się bezrobociem i małym potencjałem ekonomicznym – potrafi jednak sprowadzić człowieka na ziemię. Nie samą miłością da się żyć, z czegoś trzeba się przecież utrzymać. Tylko co robić, gdy perspektywy nie są obiecujące? Światem ponoć rządzi przypadek. A może jednak przeznaczenie? Dość, że młodzi niespodziewanie znaleźli zatrudnienie – i to oboje – w szkole w pobliskiej Hoczwi. Pani nauczycielka polskiego i pan od muzyki dorabiali ponadto jako przewodnicy bieszczadzcy. Czy jednak z pensji nauczycielskiej, nawet wspartej dodatkowymidochodami, można odłożyć poważne pieniądze, by móc inwestować w swe marzenia? Cóż, z perspektywy czasu Magda ze śmiechem przyznaje: „Każdą naszą inwestycję opieraliśmy na przeświadczeniu, że choć nie mamy grosza przy duszy, to nadrobimy to pracowitością, pasją i pomocą dobrych ludzi”. 

Ona Magdalena, on Janusz – cóż, taka para mogła stworzyć tylko Magiję 

Gdy się uśmiechasz do świata, świat uśmiecha się do ciebie. Gdy szanujesz swe otoczenie, ono odpłaca ci z nawiązką. Od zawsze Magda i Janusz byli zakochani w swoich Bieszczadach, utożsamiali się z nimi.Szanowali skomplikowaną historię tych terenów, nie byli obojętni na pozostałości związane z odchodzącą kulturą Łemków i Bojków, na muzykę tożsamą z tym miejscem ani na świadectwa starszych ludzi, którzy mieli – z racji wieku chociażby, o czym opowiadać. Wciąż towarzyszyło im pragnienie, by stworzyć miejsce, do którego chcieliby przyjeżdżać inni, gdzie goście czuliby się dobrze, ale i doświadczali tych wszystkich wrażeń kulturowych, turystycznych, przyrodniczych. I spokoju. I tak w 2003 r. powstała na ojcowiźnie Magdy Zagroda Magija. Magiczne miejsce zaczęło przyciągać do siebie… stare chaty.

Zagroda marzeń

Zaczęło się od należącego niegdyś do inteligenckiej rodziny modrzewiowego domu z 1905 r. Wypatrzyli go w nieodległym Zagórzu. Okazało się, że jest na sprzedaż, a właścicielem jest emerytowany nauczyciel, który z przedwojennymi honorami powitał Janusza – swego kolegę po fachu – słowami: „Wiwat, kolego!”. Mimo że Demkowicze nie mieli całej sumy i jeszcze znalazł się też inny chętny z gotówką do zakupu chaty – to w ich ręce przeszedł dom. Cieszyli się jak dzieci. Chatę rozebrali i belka po belce, dachówka po dachówce przewieźli do Orelca. I wtedy ich entuzjazm zderzył się z ogromem pracy, który towarzyszy rekonstruowaniu starego domu. „To coś niebywałego” – wspomina Magda – Myśleliśmy, że skoro szybko dało się rozłożyć, to szybko da się z powrotem złożyć. Nic bardziej mylnego”. To była mordercza praca. Na szczęście pomogli dobrzy ludzie, przyjaciele. I dziś chata z modrzewia wygląda jak należy – jest piękna, pełna godności. Bo mimo swej – rzeklibyśmy: „odnowy biologicznej”, nie straciła swego dostojeństwa ani ducha. Uroku nadają jej do tego łemkowskie zdobienia, białe lepione tynki i duże okna, którymi spogląda m.in. na pasmo Żukowa. ...


Tekst: Iwona Witt-Czuprzyńska

Zdjęcie: magdalena Adamczewska

 

Chcesz przeczytać cały artykuł? Zamów prenumeratę